Witajcie moi wierni czytelnicy,
po gorącym łikendzie, pragnę podzielić się z Wami, garścią pozytywnych emocji!
Tym razem w poszukiwaniu przygód udaliśmy się do Klimkówki.
Trasa okazała się czymś w rodzaju drogi mlecznej. Drogą płynęło się lekko, wiał chłodny wiatr, a ponieważ czasami otwierałem buzię - zdarzyło się mi zjeść coś z białkiem. Ot wspaniałe przeżycie, kiedy po dotarciu na miejsce, oddalone od Bochni o około 110 km, przywitała nas kobieta gotowa by oddać nam wszystko co ma najlepsze, a mianowicie swój pokój.
Zwykle nie pisałem o warunkach, w jakich przychodzi nam żyć - postanowiłem więc to zmienić.
Za cenę 50 zł od osoby otrzymaliśmy świetnie wyposażony pokój - 2 telewizory, spa, jakuzzi oraz wellness. Dodatkowo czas umilała koza samodojka, która wieczorem dawała soczyste mleko - wprost do szklanki. Polecam!
Ku naszemu zadowoleniu, zalew oddalony był zaledwie 50 metrów od tejże doliny rozkoszy.
Czy to nie cudowne, móc spojrzeć przez okno na piękne, lazurowe wybrzeże, które dodatkowo upiększały wspaniałe kobiety?
Oto one :
Z naszej romantycznej dwójki, o dziwo obydwoje zażywaliśmy kąpieli...
Na zdjęciu jestem tylko ja... przepraszam, jest jeszcze gość, którego proszę nie mylić ze mną, a dlaczego? No właśnie.. Ok! Dla tych, którzy mnie nie widzą - UWAGA JA TO NIE TEN CO CZYŚCI SOBIE USZKO :)
I jeszcze jedno zdjęcie - tym razem pokój wraz z garderobą :
Reszta zdjęć niestety nie nadaje się do zamieszczenia, z powodu upojenia fotografa.
Następny dzień był przyszedł po dniu poprzednim, podobnie jak i poprzedni, ten późniejszy był od poprzedniego cieplejszy, lecz nie na tyle by być najcieplejszy ze wszystkich poprzednich. Był jednak dniem szczególnym - ale o tym później mój Drogi Czytelniku.
Nadszedł etap, który nazwę - POWRÓT.
Otóż powrót nie do końca stał się powrotem, gdyż jakby początkowo mogło się wydawać polegać miał na powrocie, jednak powrotem sui generis nie był.
Po dotarciu do Nowego Sącza kilkakrotnie objechaliśmy rynek. Bezskutecznie. Lodów nie znaleźliśmy. Trudno. Za to lód znalazł nas. Leciał obficie z nieba, niczym plaga egipska.
Trzeba było uciekać. Bałem się. Katarzyna chyba też. Z pomocą przyszedł przydrożny bar, w którym posililiśmy się i odpoczęliśmy.
I tu następuje zmiana decyzji - nie jedziemy jednak do domu, a wybieramy się na piknik lotniczy do Międzybrodzia Żywieckiego. Do pokonania około 160 km.
Szczęśliwym trafem pogoda była łaskawsza i dopiero w Tresnej moja kurtka skapitulowała przed deszczem. W trasie minęliśmy sporo przyjaznych motocyklistów, dzięki którym nie dostałem mandatu od policjantki bawiącą się suszarką.
Nie obyło się bez małego strachu... suzi potrzebowała posiłku, jednak od dłuższego czasu próżno było szukać stacji. Poszukiwania zakończyły się sukcesem dopiero przed samym Międzybrodziem.
Na Górze Żar liczyliśmy na niezłe widowisko - od piątku do niedzieli odbywał się piknik modelarski, który jak co roku przyciągał tłumy pasjonatów.
Udało nam się "złapać" jeszcze kilku z najwytrwalszych.
Tak mnie od tych dmuchawców i latawców zazdrość wzięła, że postanawiam zmienić wątek.
Koniec. Ja też chce.
Czas pochwalić się czerwoną rakietą, na tle tych świetnych krajobrazów.
Na dokładkę dorzucę także hangar. Polecam przyjechać nieco wcześniej - można wtedy zobaczyć szybowce nie tylko w środku, ale także zaobserwować jak ciągnięte przez holownik nabierają wysokości, prędkości, a następnie odczepiają się by swobodnym lotem przecinać powietrze.
Coś wspaniałego, niezwykłego - tym bardziej, że widzimy to wszystko z odległości 10 metrów, bez płotu, bez krzyków ochrony, bo zwyczajnie jej nie ma.
Tym miłym akcentem zbliżamy się do końca... końca?
Żartowałem.
Z tego miejsca chce pozdrowić Artura, którego spotkaliśmy przed samym odjazdem.
I to dzięki niemu ta relacja przedłuży się o jeszcze kilka znaków.
Około 10 km od Międzybrodzia, znajduje się miejscowość Porąbka, a bezpośrednio przy niej Kozubnik. To opuszczone miejsce, nazywane niegdyś "Perełką PRL-u", dziś jest samotne i niszczejące. Sporej wielkości kompleks hoteli swoim wyglądem straszy odważnych, którzy muszą złamać przepisy by się doń dostać. Pierwszym pytaniem jakie sobie zadałem było "jak to możliwe ?". Nie mogłem zrozumieć jak to się stało, że położone w tak znakomitym miejscu hotele, po prostu upadły. Fatalne zarządzanie sprawiło, że w oknach pozostały już tylko resztki szyb, niedawne kwatery zamiast gościć bogaczy, goszczą już tylko szczury oraz zapaleńców żądnych przygód.
Niektórzy z nich wykazywali się niezwykłą głupotą, zdjęcia mówią same za siebie.
Nie będę już przedłużał... oglądajcie... oto polskie miasto duchów...
1) Ułańska fantazja...
2) Chwila konsternacji - może zostaniemy na noc?
Podsumowując - 500 km zrobione. Powrót w deszczu.
To tyle na dziś, żegnam się z Wami!
poniedziałek, 9 lipca 2012
niedziela, 1 lipca 2012
Słowacja - Jezioro Orawskie - Bobrov 30.06-01.07 2012 r.
Dzień dobry moi mili,
nie bardzo mam ochotę pisać tego posta, ponieważ jestem krótko mówiąc obolały i spalony na piękny, czerwony kolorek, coś a'la Suzi.
Jednak chyba lepsze to, niż pomarańczowy - solariowy.
Koniec o wątpliwej opaleniźnie!
I tu po raz kolejny powtarza się sytuacja - "miało być nas więcej". Tym razem jest już pewien postęp, ponieważ przybył nam jeden członek załogi. Nieobecnych pozdrawiamy, zapraszamy następnym razem.
Wyprawa miała być jak najmniej obciążająca budżety, stąd też zabraliśmy namioty : ))
Ufff, svka niemiłosiernie załadowana podejmowała trudy podróży w 30 stopniowym upale.
Do przejechania niewiele ponad 100 km, więc jakoś daliśmy radę.
Foto z postoju :
Marcin udawał biznesmena, a prawda jest niestety smutna - rozmawiał z mamą, którą zapewniał, że da sobie radę i będzie dużo pił... w końcu gorąco. Czy spełnił pierwszą część obietnicy - to rzecz wątpliwa, natomiast z piciem mu się udało, szkoda tylko, że nie były to napoje bezalkoholowe, jak początkowo mówił mamie.
Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z postoju :
We wspaniałych nastrojach postanowiliśmy, że nadszedł kres naszego odpoczynku - pora ruszać dalej!
Droga była wyśmienita, ruch niewielki, dodatkowo czas umilał śpiew ptaków, które tym razem oszczędziły moją kurtkę. W miejscu gdzie widoki były najlepsze, zatrzymaliśmy się i zrobiliśmy kilka zdjęć. Widoki nieprzeciętne umieszczam poniżej, przeciętne zostawiam dla siebie.
Fajnie, że nie ma już granic, oszczędziliśmy sporo czasu... ale mimo wszystko jakiś taki zawód mnie ogarnął....
W miejscowości Bobrov - naszym punkcie docelowym, robiliśmy zakupy oraz ... pluliśmy sobie w brodę, że mijając polskie sklepy przed granicą, nie zaopatrzyliśmy się w nich.
Ceny kiełbasy stosunkowo wysokie - w Polsce znacznie taniej. Jeśli chodzi o alkoholowe - PIWO :D
porównywalnie, bez rewelacji. Chleb droższy. Kiełbaska polska znacznie lepiej smakuje, ot chyba zacząłem polskie narzekanie.
Wspomnieć należy, że o mały włos nie kupilibyśmy bezalkoholowych bażantów.
Cóż by to była za katorga...
Jakimś cudem te wszystkie smakołyki zapakowaliśmy na i tak, mocno już dociążone motocykle i ruszyliśmy "na równo" - za radą Pani sprzedawczyni.
Dojazd nad jeziorko utwardzony, zatem szybko i sprawnie przetransportowaliśmy się nad samą wodę. Na miejscu czekała nas miła niespodzianka, bowiem ludzi nie było zbyt wielu, a miejsce do urządzenia obozowiska dogodne.
Zmęczeni podróżą błyskawicznie ściągnęliśmy oporządzenie :)
Zimny Kelt i Bażant miło rozpływali się po jamach brzusznych. Na miejscu byliśmy około 12, pogoda dopisywała, aż do momentu kiedy z nieba zaczęły sypać się ogromne krople wody, niczym meteoryty spadające z nieba, ot poetycko zabrzmiało, ale tak też właśnie było.
Poganiani przez deszcz, momentalnie rozłożyliśmy namioty ( swoją drogą nie wiedziałem, że tak szybko potrafię ). Wniosek - nie kupujcie namiotów w decathlonie, mam na myśli te 15 sekundowce.
Istotnie - Marcinek znowu poszkodowany i walczący z przedsionkiem.
Z prawej strony można dostrzec jakąś sierotkę ukrywającą się pod ręcznikiem :)
Ooooo, a poniżej jeszcze dwie sierotki.
Zaiste ! Niebo wygląda niczym puszysty Big Milk.
Niektórych deszczowe krople nie zaspokajały...
Nazajutrz piękny poranek... :
I tym oto przemiłym akcentem pozdrawiam Was ja, wielmożny Redaktor Goleniowego Blogu Motocyklowego,
łączę pozdrowienia!
nie bardzo mam ochotę pisać tego posta, ponieważ jestem krótko mówiąc obolały i spalony na piękny, czerwony kolorek, coś a'la Suzi.
Jednak chyba lepsze to, niż pomarańczowy - solariowy.
Koniec o wątpliwej opaleniźnie!
I tu po raz kolejny powtarza się sytuacja - "miało być nas więcej". Tym razem jest już pewien postęp, ponieważ przybył nam jeden członek załogi. Nieobecnych pozdrawiamy, zapraszamy następnym razem.
Wyprawa miała być jak najmniej obciążająca budżety, stąd też zabraliśmy namioty : ))
Ufff, svka niemiłosiernie załadowana podejmowała trudy podróży w 30 stopniowym upale.
Do przejechania niewiele ponad 100 km, więc jakoś daliśmy radę.
Foto z postoju :
Marcin udawał biznesmena, a prawda jest niestety smutna - rozmawiał z mamą, którą zapewniał, że da sobie radę i będzie dużo pił... w końcu gorąco. Czy spełnił pierwszą część obietnicy - to rzecz wątpliwa, natomiast z piciem mu się udało, szkoda tylko, że nie były to napoje bezalkoholowe, jak początkowo mówił mamie.
Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z postoju :
We wspaniałych nastrojach postanowiliśmy, że nadszedł kres naszego odpoczynku - pora ruszać dalej!
Droga była wyśmienita, ruch niewielki, dodatkowo czas umilał śpiew ptaków, które tym razem oszczędziły moją kurtkę. W miejscu gdzie widoki były najlepsze, zatrzymaliśmy się i zrobiliśmy kilka zdjęć. Widoki nieprzeciętne umieszczam poniżej, przeciętne zostawiam dla siebie.
Schowali twarze... też bym schował...
(może tego nikt nie zauważy - hi hi ha ha )
Fajnie, że nie ma już granic, oszczędziliśmy sporo czasu... ale mimo wszystko jakiś taki zawód mnie ogarnął....
W miejscowości Bobrov - naszym punkcie docelowym, robiliśmy zakupy oraz ... pluliśmy sobie w brodę, że mijając polskie sklepy przed granicą, nie zaopatrzyliśmy się w nich.
Ceny kiełbasy stosunkowo wysokie - w Polsce znacznie taniej. Jeśli chodzi o alkoholowe - PIWO :D
porównywalnie, bez rewelacji. Chleb droższy. Kiełbaska polska znacznie lepiej smakuje, ot chyba zacząłem polskie narzekanie.
Wspomnieć należy, że o mały włos nie kupilibyśmy bezalkoholowych bażantów.
Cóż by to była za katorga...
Jakimś cudem te wszystkie smakołyki zapakowaliśmy na i tak, mocno już dociążone motocykle i ruszyliśmy "na równo" - za radą Pani sprzedawczyni.
Dojazd nad jeziorko utwardzony, zatem szybko i sprawnie przetransportowaliśmy się nad samą wodę. Na miejscu czekała nas miła niespodzianka, bowiem ludzi nie było zbyt wielu, a miejsce do urządzenia obozowiska dogodne.
Zmęczeni podróżą błyskawicznie ściągnęliśmy oporządzenie :)
Zimny Kelt i Bażant miło rozpływali się po jamach brzusznych. Na miejscu byliśmy około 12, pogoda dopisywała, aż do momentu kiedy z nieba zaczęły sypać się ogromne krople wody, niczym meteoryty spadające z nieba, ot poetycko zabrzmiało, ale tak też właśnie było.
Poganiani przez deszcz, momentalnie rozłożyliśmy namioty ( swoją drogą nie wiedziałem, że tak szybko potrafię ). Wniosek - nie kupujcie namiotów w decathlonie, mam na myśli te 15 sekundowce.
Istotnie - Marcinek znowu poszkodowany i walczący z przedsionkiem.
Z prawej strony można dostrzec jakąś sierotkę ukrywającą się pod ręcznikiem :)
Ooooo, a poniżej jeszcze dwie sierotki.
Zaiste ! Niebo wygląda niczym puszysty Big Milk.
Niektórych deszczowe krople nie zaspokajały...
Nazajutrz piękny poranek... :
I tym oto przemiłym akcentem pozdrawiam Was ja, wielmożny Redaktor Goleniowego Blogu Motocyklowego,
łączę pozdrowienia!
poniedziałek, 14 maja 2012
Ukraina, Lwów - 11.05 - 13.05 2012
Mam przyjemność zaprezentować kolejną wyprawę, z serii "podróże na moturze".
Tym razem wybraliśmy się poza granicę naszego kraju, a konkretnie odwiedziliśmy Lwów.
Miasto to, położone jest około 300 km od Bochni. Sam pomysł wyjazdu zrodził się dość spontanicznie. Docelowo mieliśmy podróżować we czwórkę, jednak ze względu na różne okoliczności, pojechaliśmy we dwóch.
Początkowo planowaliśmy wyjazd o godzinie 6.00, jednak mała ilość snu spowodowana problemami zaśnięciem, nie pozwoliła na realizację tych zamierzeń... a problemy z zaśnięciem spowodowane były znowu podekscytowaniem, związanym z wycieczką.
Około 7.20 opuściliśmy stację Orlenu i pojechaliśmy drogą E4 w stronę Ukrainy!
Bagaże były dość mocno wypchane.. przynajmniej u mnie. :)
Parę zdjęć :
Znakomita pogoda i świetne nastroje towarzyszyły nam nieustannie, co widać powyżej :P
Przed Rzeszowem zjechaliśmy na drugie śniadanie do Mc. Posileni jajem z bekonem, żółwim tempem dotarliśmy do stolicy Podkarpacia. Z początku krótki spacer po tym mieście, zmienił się w prawdziwie zwiedzanie. Zadowoleni z wymiany złotówek na hrywny po korzystnym kursie, odpoczywałem trochę na ławce... ale nie wszyscy mieli tak dobrze...
To zdjęcie jest jednym z moich ulubionych, cóż niektórzy muszą pracować za dwóch :))))
Później szukaliśmy sklepu, którego jak na złość nigdzie nie było. W pełnym oporządzeniu, czułem się jak uczestnik bitwy pod Grunwaldem. Myślę, że Marcin podobnie, zwłaszcza dźwigając moje rzeczy :D
W Rzeszowie spotkaliśmy się z życzliwością mieszkańca, który z pełnym zaangażowaniem oprowadził nas po rynku i wskazał ciekawe miejsca, które mogliśmy obejrzeć.
Oto i on :
Idąc za jego radą, udaliśmy się do miejscowego muzeum.
Tym sposobem znaleźliśmy się kilka metrów pod ziemią, w tunelu biegnącym pod kamienicami.
Grupa zwiedzających była niezwykle liczna. Aż 2 osoby + przewodnik. Oczywiście, tymi dwiema osobami byliśmy my ! Dowiedzieliśmy się wielu interesujących rzeczy na temat Rzeszowa, a chłód podziemi zadziałał kojąco na nasze ciała. Uff , chyba zabrzmiało jak z filmu erotycznego!?
Nieważne.
Do hotelu dotarliśmy zmęczeni i głodni. Chyba około godziny 16.
Powyżej Opera. Chyba jeden z ładniejszych budynków.
Jeśli chodzi o samochody - występują duże skrajności :
Resztę dnia spędziliśmy na chodzeniu po całym mieście, bez konkretnego celu.
Zobaczyliśmy, że Ukraińcy to bardzo otwarci ludzie o czasem świetnych zainteresowaniach.
Starsi ludzie zamiast siedzieć w domu, spędzają czas na wolnym powietrzu grając m.in w szachy czy warcaby. Przyznam, że w Polsce z podobną sytuacją nigdy się nie spotkałem.
I tak do późnych godzin.
Mimo chodzenia po wielu ciemnych, bocznych uliczkach, nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych sytuacji.
Co ciekawe, ludzie na pozór niewiele palą. Za to piwo można kupić praktycznie w każdej budce z pamiątkami. Jednak brak było zataczających się czy agresywnie zachowujących się osób... prócz nas :D
Na drugi dzień podjęliśmy się wspinaczki na High Castle. Widoki niesamowite co można zobaczyć na poniższych zdjęciach.

Szczęście nas nie opuszczało - w pobliskim kościele odbywał się ślub/chrzciny, nie jestem pewien.
Może ktoś mnie oświeci.Samochód jednak wskazuje na ślub. Stroje świetne. Oto zdjęcia :
Następnie zwiedziliśmy Cmentarz Łyczkowski - Orląt Lwowskich.
Dotarcie do niego zajęło nam sporo czasu i wymagało dużej odporności na ból... nóg.
Po drodze spotkaliśmy się z życzliwością starszej Pani chcącej wskazać nam drogę.
Niestety zrozumieliśmy tylko - "po prawo", "po lewo" :)
Udało się - jesteśmy. Bilety 10 hrywien bez legitymacji studenckiej, ale siła perswazji sprawiła, że skończyło się na 5 :)
Cmentarz bardzo ładnie zachowany i zadbany. Sporo turystów. Także z Polski.
Myślę, że udane zdjęcie :
Trochę humoru:
Zdjęcie z serii " coś mnie ugryzło!?!"
Po krótkim odpoczynku w hotelu przyszedł czas na jedzenie. Podczas poszukiwania restauracji poznaliśmy dwie miłe dziewczyny - Julię i Sofię. Tym sposobem nie poszliśmy jeść, ale za to zyskaliśmy nowych znajomych na Ukrainie. Ponadto stały się one naszymi przewodniczkami.
Właściwie nie zwiedzaliśmy lecz zajmowaliśmy się rozmową przez co ... zgubiliśmy się.
Na szczęście udało się dotrzeć z powrotem. Było bardzo zimno, ale niesamowicie przyjemnie spędzony czas sprawił, że chcielibyśmy jeszcze wrócić i zaprosić na kawę w formie podziękowania :)
Niestety dziewczyny musiały udać się do domu. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Bardzo dziękujemy za oprowadzenie po parku oraz wesołym miasteczku... no i doprowadzenie z powrotem :)
W hotelu czekała już na nas Lena, które jak zwykle była uśmiechnięta i chętna do rozmowy.
Potem nadeszła niedziela, czas wyjazdu. Szkoda, ponieważ ludzie byli bardzo sympatyczni, atmosfera niezwykła, a czas mijał jakby wolniej...
Pożegnalne zdjęcie :
I Polska :
Tym razem wybraliśmy się poza granicę naszego kraju, a konkretnie odwiedziliśmy Lwów.
Miasto to, położone jest około 300 km od Bochni. Sam pomysł wyjazdu zrodził się dość spontanicznie. Docelowo mieliśmy podróżować we czwórkę, jednak ze względu na różne okoliczności, pojechaliśmy we dwóch.
Początkowo planowaliśmy wyjazd o godzinie 6.00, jednak mała ilość snu spowodowana problemami zaśnięciem, nie pozwoliła na realizację tych zamierzeń... a problemy z zaśnięciem spowodowane były znowu podekscytowaniem, związanym z wycieczką.
Około 7.20 opuściliśmy stację Orlenu i pojechaliśmy drogą E4 w stronę Ukrainy!
Bagaże były dość mocno wypchane.. przynajmniej u mnie. :)
Parę zdjęć :
Znakomita pogoda i świetne nastroje towarzyszyły nam nieustannie, co widać powyżej :P
Przed Rzeszowem zjechaliśmy na drugie śniadanie do Mc. Posileni jajem z bekonem, żółwim tempem dotarliśmy do stolicy Podkarpacia. Z początku krótki spacer po tym mieście, zmienił się w prawdziwie zwiedzanie. Zadowoleni z wymiany złotówek na hrywny po korzystnym kursie, odpoczywałem trochę na ławce... ale nie wszyscy mieli tak dobrze...
To zdjęcie jest jednym z moich ulubionych, cóż niektórzy muszą pracować za dwóch :))))
Później szukaliśmy sklepu, którego jak na złość nigdzie nie było. W pełnym oporządzeniu, czułem się jak uczestnik bitwy pod Grunwaldem. Myślę, że Marcin podobnie, zwłaszcza dźwigając moje rzeczy :D
W Rzeszowie spotkaliśmy się z życzliwością mieszkańca, który z pełnym zaangażowaniem oprowadził nas po rynku i wskazał ciekawe miejsca, które mogliśmy obejrzeć.
Oto i on :
Idąc za jego radą, udaliśmy się do miejscowego muzeum.
Tym sposobem znaleźliśmy się kilka metrów pod ziemią, w tunelu biegnącym pod kamienicami.
Grupa zwiedzających była niezwykle liczna. Aż 2 osoby + przewodnik. Oczywiście, tymi dwiema osobami byliśmy my ! Dowiedzieliśmy się wielu interesujących rzeczy na temat Rzeszowa, a chłód podziemi zadziałał kojąco na nasze ciała. Uff , chyba zabrzmiało jak z filmu erotycznego!?
Nieważne.
Jako ciekawostkę dodam, że pod ziemią znajduje się średniowieczne pomieszczenie wraz z oknami.
Zastanawiasz się, mój Drogi Czytelniku po co okna pod ziemią ?
Otóż Rzeszów, kilkaset lat temu był znacznie niżej położony. Podobnie jak inne miasta.
Podniesienie terenu spowodowane było nagromadzeniem wszelkich nieczystości.
Następny przystanek - granica - Korczowa.
Był to nasz pierwszy przejazd przez granicę ukraińsko - polską, więc nasze obawy co nas na niej spotka były dość pokaźne. Wszelkiej maści opowieści o celnikach także dodawały smaczku.
Pierwsza bramka. Dziwne kamery patrzące na człowieka z góry sprawiały, że można było czuć się jak w domu wielkiego brata. Krótkie zatrzymanie przed sygnalizatorem. Sprzęgło. I ruszamy dalej. Stop. Ok, nie strzelają. Jedziemy. Naszym oczom ukazała się ogromna ilość, czekających na odprawę tirów. Na szczęście ta kolejka jest nie dla nas. Chwila konsternacji, mamy prócz tego jeszcze dwie kolejki. Intuicja motocyklisty podpowiadała by się pchać, rozum zakazywał... zwłaszcza, że większość rejestracji była ukraińska. Zauważyliśmy jednak, że kolejka, w której czekamy jest przeznaczona dla tzw. ALL PASSPORTS. Zmieniliśmy ją na EU. Przed nami tylko 3 samochody. Krótka rozmowa z polskimi celnikami i jedziemy dalej. Teraz ukraińska odprawa. Zauważywszy żołnierza, zatrzymuję się. Podchodzę niepewnym krokiem, on wydaje komendę "NOMER". Myślę, co to może znaczyć... czyżby rejestracja ? Trafiony zatopiony. Sympatyczny soldat podaje mi kartkę, pyta "ile jedzie" i czy "lubimy dziewczyny", a następnie przepuszcza dalej. Kolejne okno. Szybkie sprawdzenie paszportów. Następny zainteresowany celnik zagaduje i pyta dokąd jedziemy. Z nim rozmowa była nieco dłuższa. Wiadomo - wódka, piwo, dziewczyny. Jest ok, póki co opowieści o ich dziwnych manierach się nie sprawdzają. Kolejne okno. Kolejna rozmowa z celnikiem. Tematy podobne. Ok, myślimy - to wszystko. Przejechane około 500 m i następne bramki. Szlabany podniesione, zwalniam, gest "jechać", jedziemy więc.. nagle słyszę krzyk "stój!!!". Odwracam się, a tutaj ostatni żołnierz, już z ręką na pistolecie. I tak oto bym stracił swoje życie ledwo wjechawszy na Ukrainę :)
Wszystko w porządku. Droga pusta. Można jechać.
Taki obrazek towarzyszył nam aż do samego Lwowa, pomijając małe wyjątki. Pozwoliło to na szybkie dotarcie do centrum, w którym jazda wymagała już iśćcie cyrkowych umiejętności...
Ukraińcy poruszają się po tej miłej kostce z dużymi prędkościami, niebezpiecznie wyprzedzając i pchając się w każdy możliwy sposób. Do tego duża ilość pieszych sprawia, że trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Odebraliśmy naszą rezerwację, szybki prysznic i wyjście na podbój Lwowa.
Obsługa bardzo sympatyczna, mówiąca po polsku (Lena, jeśli czytasz - pozdrawiam ) .
Hotel mieścił się praktycznie w samym centrum, dzięki czemu mogliśmy odstawić motocykle i poszukać miejsca, w którym moglibyśmy coś zjeść.
Trafiliśmy do pobliskiego baru/restauracji. Obsługa niestety nie mówiła po angielsku, a język polski też był problemem. Pozostaliśmy zdani na los, z kartą pełną znaków, których nie potrafiliśmy rozszyfrować. Z pomocą przyszła druga karta dań, z obrazkami - jednak niewiele mówiącymi.
Wspólnymi siłami zaoraliśmy jednak Koszalin i zjedzoną potrawą stał się stek.
Na szczęście, znacznie słowa "piwo" jest dokładnie takie samo, w języku ukraińskim.
Lekko wodniste, lecz smaczne.
Syci i napojeni zajęliśmy się zwiedzaniem.
Można zauważyć bardzo zdezelowane tramwaje, często prowadzone przez kobiety.
W czasie naszego pobytu we Lwowie, miały miejsce wydarzenia związane z nadchodzącym EURO 2012. Mogliśmy dzięki temu zobaczyć jak wygląda wieczorne życie w tym mieście.
Jeśli chodzi o samochody - występują duże skrajności :
Miasto w moim odczuciu jest zadbane i czyste. Boczne dróżki pokazują jednak, także drugą stronę medalu...
Zobaczyliśmy, że Ukraińcy to bardzo otwarci ludzie o czasem świetnych zainteresowaniach.
Starsi ludzie zamiast siedzieć w domu, spędzają czas na wolnym powietrzu grając m.in w szachy czy warcaby. Przyznam, że w Polsce z podobną sytuacją nigdy się nie spotkałem.
I tak do późnych godzin.
Mimo chodzenia po wielu ciemnych, bocznych uliczkach, nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych sytuacji.
Co ciekawe, ludzie na pozór niewiele palą. Za to piwo można kupić praktycznie w każdej budce z pamiątkami. Jednak brak było zataczających się czy agresywnie zachowujących się osób... prócz nas :D
Na drugi dzień podjęliśmy się wspinaczki na High Castle. Widoki niesamowite co można zobaczyć na poniższych zdjęciach.
Szczęście nas nie opuszczało - w pobliskim kościele odbywał się ślub/chrzciny, nie jestem pewien.
Może ktoś mnie oświeci.Samochód jednak wskazuje na ślub. Stroje świetne. Oto zdjęcia :
Następnie zwiedziliśmy Cmentarz Łyczkowski - Orląt Lwowskich.
Dotarcie do niego zajęło nam sporo czasu i wymagało dużej odporności na ból... nóg.
Po drodze spotkaliśmy się z życzliwością starszej Pani chcącej wskazać nam drogę.
Niestety zrozumieliśmy tylko - "po prawo", "po lewo" :)
Udało się - jesteśmy. Bilety 10 hrywien bez legitymacji studenckiej, ale siła perswazji sprawiła, że skończyło się na 5 :)
Cmentarz bardzo ładnie zachowany i zadbany. Sporo turystów. Także z Polski.
Myślę, że udane zdjęcie :
Trochę humoru:
Zdjęcie z serii " coś mnie ugryzło!?!"
Jeśli chodzi o Sprite'a widocznego na zdjęciu, to było on całkowicie inny w smaku niż polski.
Kupiliśmy dwie sztuki, to chyba nie przypadek.
Potwornie zmęczeni zrobionymi kilometrami, skierowaliśmy swoje kroki w stronę hotelu.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy uniwersytecie... nogi nie pozwoliły iść dalej bez odpoczynku.
Właściwie nie zwiedzaliśmy lecz zajmowaliśmy się rozmową przez co ... zgubiliśmy się.
Na szczęście udało się dotrzeć z powrotem. Było bardzo zimno, ale niesamowicie przyjemnie spędzony czas sprawił, że chcielibyśmy jeszcze wrócić i zaprosić na kawę w formie podziękowania :)
Niestety dziewczyny musiały udać się do domu. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Bardzo dziękujemy za oprowadzenie po parku oraz wesołym miasteczku... no i doprowadzenie z powrotem :)
W hotelu czekała już na nas Lena, które jak zwykle była uśmiechnięta i chętna do rozmowy.
Potem nadeszła niedziela, czas wyjazdu. Szkoda, ponieważ ludzie byli bardzo sympatyczni, atmosfera niezwykła, a czas mijał jakby wolniej...
Pożegnalne zdjęcie :
I Polska :
Do następnego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


